My photos are intentionally vacous and hollow, devoid of human presence, but clearly touched by it
Linie brzegowe Japonii, północnej Francji, Kanady.Puste plaże i bezkres tafli wody. David Burdeny nieustannie studiuje miejsca, w których stykają się obrzeża odrębnych przestrzeni. W szczególności fascynują go krańce danych powierzchni i ich wzajemne interakcje. Linia graniczna lądu przeistaczająca się w morze, lecz nie będąca jeszcze morzem. Próg oceanu przeradzający się w niebo, lecz nie będący jeszcze niebem. Granic struktur tkwiących jakby w zawieszeniu, na moment przed przemianą, nie sposób przedstawić jeśli nie dobierzemy odpowiedniego czasu. Artysta zauważył, że najlepszą porą do fotografii takich zjawisk jest przedświt lub późny zmierzch. Wtedy bowiem Ziemia prawie wynurza się z ciemności lub prawie w nią wstępuje. Kres dnia nieuchronnie splata się z początkiem nocy i na odwrót.
Burdeny wyszukuje efemerycznych momentów, kiedy to przestrzeń i czas oraz światło i struktura “są w pauzie”. Takie zjawiska następują każdego dnia, jednak bezkres nieba, oceanu, a także przekształcenia się jednej struktury w drugą są nieuchwytne i niedotykalne. Dlatego też fotograf z upodobaniem stosuje długotrwałą ekspozycję. Każde zdjęcie jest wynikiem kilkunastu-, a często kilkudziesięciominutowego naświetlenia. Końcowy efekt jest zatem zapisem przeszłości i teraźniejszości. Poszczególna chwila to warstwa nakładana na chwilę poprzednią. Burdeny mówi o płatach czasu z jakich składają się jego zdjęcia. Powstały obraz ucieleśnia wagę skumulowanego czasu i niekończącej się przemiany, a wspaniałość tkwi w nieustannym doświadczaniu takich zdarzeń. Fotografowanie chwil zawieszenia tworzy pytania – co było przedtem?, co nastąpi potem? Tymczasem fotograf uważa, że sens jego prac to wyłącznie się z tych uprzedzeń. Należy zrzucić ciężar napięcia tkwiący w tych specyficznych miejscach i w tym specyficznym czasie.
Niemal na każdym zdjęciu przestrzeń zostaje zakłócona świadectwem ludzkiej obecności. Widzimy pozostałości po budynkach, pylony, molo, faloochrony i inne masywne obiekty. Widać, że konsekwentnie zniewalają autora. Całą kolekcja wymusza na obserwatorze skupienie uwagi na szczególe i ruchu, świetle i cieniu, formie nieorganicznej i krajobrazie naturalnym. Burdeny ze swobodą kreuje nieprawdopodobne widoki. Zwykle prezentowane na planie kwadratu, zawsze umiejscowione pomiędzy dwoma kresami – kresem brzegu i nieuchronnym horyzontem (horyzontem zdarzeń?)
David Burdeny jest z wykształcenia architektem, co na pewno bardzo pomaga w “konstruowaniu” sceny przed obiektywem. W wielu 12 lat zaczął fotografować łąki i pastwiska, a zdjęcia samodzielnie wywoływał w zaimprowizowanej ciemni. Dojrzewając na kanadyjskich preriach zauważył, że horyzont jest nieodłącznym elementem rozległych przestrzeni. To w oparciu o linię widnokręgu krajobraz wydawał mu się zaplanowany w najdrobniejszych szczegółach. Natomiast każdy nienaturalny element natychmiast przykłuwał spojrzenie wywołując zakłócenie. Słupy telefoniczne przenikając dal, pociąg jadący na skraju horyzontu, czy samotnie stojący silos wywoływały w jego oczach wrażenie nieuprawnionej ingerencji. Rółnież od początku fascynował go długi czas ekspozycji. Szybko zauważył, że dzięki tej technice rejestruje to, co często nieuchwytne dla oczu. W powyższych doświadczeniach łatwo doszukać się głównej inspiracji i filozofi późniejszej działalności. Fotografie Burdeny’ego skłaniają do porzucenia codziennego sposbu postrzegania i klasyfikacji zjawisk. Krytycy postrzegają jego dorobek jako minimalistyczne kontemplacje rzeczywistości i złowieszcze piękno emanukące ze zdjęć. Nie wiem dlaczego, ale mnie osobiście sceny na fotografiach skojarzyły się z powiedzeniem E. Aldrina w chwili zejścia na powierzchnię Księżyca beautiful view … magnificant desolation.
Linki:
Strona Davida Burdeny (chyba działa niepoprawnie)
Portfolio w Kostiuk Gallery
Zdjęcia Burdeny’ego w Young Gallery






